Witam.Zacznę od tego,że od zawsze chciałem mieć prawo jazdy.Liczyłem dni do momentu,gdy po raz pierwszy siądę w "L". Od strony rodziny też wymagania miałem dosyć spore.Trzech braci - każdy już z prawichem.Ja,gdy nadszedł już ten czas,ochoczo poszedłem na kurs.Teraz jestem już po 31h.Kilka słów o nauce.Od początku reagowałem zbyt emocjonalnie na każdy błąd.Chciałem jeździć jak najlepiej i to mnie gubiło.Wszystko co robiłem źle,odbijało się w dalszej jeździe i pociągało kolejne niedociągnięcia.Udało mi się jakoś to zwalczyć.Zacząłem jeździć dobrze.Nawet instruktor mi tak mówił.Powiedziałem mu,że przed egzaminem wezmę jeszcze 4h jazd.Wziąłem pierwszą...i przestałem w ogóle jeździć. Zaczęło się normalnie,dojechałem do skrzyżowania z dość ograniczoną widocznością.Jest tam specjalne lusterko,dzięki któremu widać co się dzieje na drodze "głównej". Lewo,prawo,wspomniane lusterko ,ruszam już mam skręcać...pisk opon i hamulec wciśnięty przez instruktora. Z prawej nadjechał samochód.Gdyby nie instruktor , już by doszło do kolizji.Mój nauczyciel ,wiedząc jak emocjonalnie traktuje każdy swój błąd tylko delikatnie mnie "uświadomił" co źle zrobiłem.Powinienem był się zatrzymać mając tak ograniczoną widoczność,o czym wiedziałem,jednak tak nie zrobiłem. Kolejne minuty były najgorszymi w moim życiu.NIC mi nie wychodziło.Kompletnie to wybiło mnie z rytmu.Każda krzyżówka,każda zmiana pasa, wszystko permanentnie pieprzyłem.Nie byłem w stanie jechać.Od tego czasu minęło 2 tygodnie,a ja kompletnie się poddałem.Nie mam ochoty znowu wsiadać do auta.Instruktor(na prawdę w porządku człowiek) dzwonił do mnie, co z kolejnymi jazdami,miałem wyjeździć jeszcze 3h,a niedługo przecież mam egzamin. Powiedział ,żebym się nie poddawał,wiedział, że ta ostatnia sytuacja mnie dobiła. Jednak ja , gdy tylko myślę sobie o prowadzeniu samochodu,widzę przed oczami tą kolizje.W życiu się tak nie przestraszyłem.Może to brzmi głupio, ale tak jest. Nie wiem czy w takiej sytuacji w ogóle mam się przełamać, czy nie iść na żadną jazdę i egzamin??Oceńcie obiektywne,w końcu nie każdy musi być kierowcą.
PS. Przepraszam za długość tego tekstu , po prostu starałem się opisać moją sytuacje jak najdokładniej i w 100% obiektywnie.